Kiedy władze Warszawy wznowiły temat budowy hali sportowej na Skrze, w mediach zawrzało. Bardzo szybko okazało się, że nie chodzi wyłącznie o konkretny projekt urbanistyczny. Spór wokół tej inwestycji odsłonił znacznie szerszy problem dotyczący tego, w jaki sposób mówi się dziś o lokalnym sprzeciwie i kto w ogóle ma prawo zabierać głos w sprawach miejskich. W momencie, gdy mieszkańcy zaczęli kwestionować skalę, formę lub sens planowanej inwestycji, do debaty wprowadzono etykietę NIMBY: Not In My Back Yard. Jej użycie porządkuje sytuację tylko pozornie – w rzeczywistości zamyka debatę, zanim ta zdąży się na dobre rozpocząć.
Pierwszy raz z terminem NIMBY zetknęłam się w artykule Artura Troosta 1, dotyczącym lokalnego sprzeciwu wobec projektu rewitalizacji kompleksu sportowego Skra, który znajduje się na północno-zachodnim skraju Pola Mokotowskiego, przy skrzyżowaniu ulic Wawelskiej oraz Żwirki i Wigury. Aktywiści miejscy podnieśli głos sprzeciwu, argumentując, że inwestycja trwale odmieni charakter sąsiadującego z nią parku oraz znacząco wpłynie na jakość życia mieszkańców okolicy. Artykuł w „Krytyce Politycznej” został poświęcony krytyce postawy aktywistów oraz formułowanych przez nich argumentów, zarzucając im egoizm i krótkowzroczność. Przecież stolicy potrzebny jest nowy obiekt sportowy, a z punktu widzenia decydentów Skra to idealne dla niego miejsce. Akronim NIMBY (Not In My Back Yard – nie na moim podwórku) pojawił się w mediach w latach 70. XX wieku, w kontekście protestów przeciwko lokalizacji uciążliwej infrastruktury: wysypisk, spalarni, zakładów przemysłowych czy elektrowni. Początkowo miał charakter zbliżony do opisowego – wskazywał na napięcie pomiędzy ogólnym interesem publicznym a lokalnymi kosztami inwestycji. Z czasem jednak termin ten zaczął funkcjonować jako etykieta normatywna. NIMBY przestało oznaczać „konflikt interesów”; zamiast tego sugeruje brak odpowiedzialności społecznej protestujących. W debacie publicznej skrót ten zaczął działać nie jako narzędzie analizy, lecz jako forma dyscyplinowania sprzeciwu. Ten właśnie sens NIMBY został wykorzystany w sporze o Skrę.
NIMBY przestało oznaczać „konflikt interesów”; zamiast tego określa brak odpowiedzialności społecznej protestujących. W debacie publicznej skrót ten zaczął działać nie jako narzędzie analizy, lecz jako forma dyscyplinowania sprzeciwu.
Rewitalizacja zaniedbanego terenu sportowego była przez lata projektem miejskim, powszechnie uznawanym za potrzebny i pożądany. Idea przywrócenia Skrze funkcji rekreacyjnych, sportowych i społecznych – dostępnych dla szerokiego grona użytkowników – nie budziła zasadniczego sprzeciwu. Zmiana nastąpiła w chwili, gdy do projektu rewitalizacji dołączono budowę hali sportowej mającej pomieścić 6 tysięcy osób. To nie była drobna korekta planów, lecz zmiana, która istotnie wpłynęła na charakter całego przedsięwzięcia. Wraz z nią pojawiły się pytania o skalę ingerencji w teren zielony, o funkcję publicznej przestrzeni, o konsekwencje komunikacyjne oraz o to, komu w rzeczywistości ma służyć ta inwestycja. Ruchy miejskie Miasto Jest Nasze oraz Ochocianie wycofały się z koalicji rządzącej dzielnicą ze względu na wątpliwości dotyczące inwestycji. Ratuszowi zostały postawione pytania o przejrzystość realizacji projektu oraz zarzucono brak wystarczających konsultacji społecznych. „W 2023 r. Rada Miasta odrzuciła petycję 7 tysięcy mieszkańców, którzy chcieli konsultacji społecznych w sprawie budowy hali na Skrze. […] Jedyne konsultacje społeczne, jakie odbyły się w sprawie zagospodarowania Skry miały miejsce w 2009 r. jako warunek formalny uchwalenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego (MPZP) i nie omawiały kwestii budowy na Skrze hali sportowej". 2 Ostateczne decyzje zapadły w ratuszu – mimo trwających protestów i składanych petycji – dając tym samym sygnał, że udział społeczny ma charakter czysto formalny, a nie rzeczywiście sprawczy. Wraz z ujawnieniem, że integralnym elementem rewitalizacji Skry ma być hala sportowa przeznaczona dla Legii Warszawa, spór przestał dotyczyć ogólnej idei odnowy zaniedbanego terenu, a zaczął koncentrować się na pytaniu o granice między interesem publicznym a prywatnym. Legia nie jest tu podmiotem neutralnym, wręcz przeciwnie. To rozpoznawalna marka, prywatny klub o silnej pozycji medialnej i politycznej, dysponujący kapitałem i wpływem. Włączenie inwestycji realizowanej de facto na potrzeby takiego podmiotu w ramy miejskiej rewitalizacji uruchomiło zasadnicze wątpliwości co do charakteru całego projektu. Aktywiści i mieszkańcy zwracali uwagę, że hala nie jest dodatkiem technicznym, lecz obiektem o dużej skali i znaczącym oddziaływaniu na otoczenie. Jej lokalizacja na terenie zielonym oznacza trwałą zmianę funkcji przestrzeni, zwiększone natężenie ruchu, hałas związany z wydarzeniami masowymi oraz ograniczenie dostępności terenu dla codziennych użytkowników. W tym sensie pytanie nie brzmi: „czy miasto potrzebuje infrastruktury sportowej?”, lecz raczej: „dlaczego infrastruktura przeznaczona dla potrzeb prywatnego klubu ma powstać kosztem przestrzeni publicznej, która dotąd pełniła funkcje otwarte i egalitarne?”. W debacie pojawił się kluczowy wątek partycypacji. Krytyka nie dotyczyła wyłącznie treści decyzji, ale także sposobu jej podjęcia. Poprzez odrzucenie petycji o konsultacje społeczne, decydenci skutecznie uniemożliwili mieszkańcom wyrażenie sprzeciwu. Stosowanie takiej polityki partycypacyjnej sugeruje, że narracja o udziale społecznym pełni funkcję legitymizującą, a nie współtwórczą. Zamiast potraktować poważnie głosy mieszkańców, do debaty wprowadzono list poparcia podpisany przez grupę celebrytów i znanych sportowców, który szybko zaczął krążyć w mediach. Nie odnosił się on do realnych problemów związanych z inwestycją, zamiast tego jasno odpowiadał się po stronie „za budową”, bez niuansów i wątpliwości. 3 Argumenty dotyczące krajobrazu, zieleni czy jakości życia łatwo zbyć jako „subiektywne”, podczas gdy język instytucji automatycznie nadaje pierwszeństwo głosom popierającym ich inicjatywę, wskaźnikom inwestycyjnym i narracji o rozwoju. W takim układzie debata nie jest symetryczna – jedna strona mówi językiem władzy, druga codziennego doświadczenia. To napięcie ujawnia fundamentalny problem współczesnej polityki miejskiej. Partycypacja jest często rozumiana jako etap procedury, a nie jako realny proces negocjowania wartości. Mieszkańcy i aktywiści mogą się wypowiedzieć, ale tylko w ramach wcześniej zdefiniowanego scenariusza. Gdy próbują zakwestionować podejmowane inicjatywy – na przykład sens budowy hali dla Legii w tym konkretnym miejscu – ich głos zostaje sklasyfikowany jako irracjonalny opór. W tym momencie etykieta NIMBY działa jak mechanizm zamykający: zamiast dalszej rozmowy pojawia się diagnoza wąskiego spojrzenia na problem.
Napięcie między decydentami a głosami mieszkańców i aktywistów ujawnia fundamentalny problem współczesnej polityki miejskiej. Partycypacja jest często rozumiana jako etap procedury, a nie jako realny proces negocjowania wartości. Co istotne, sprzeciw wobec budowy hali nie oznacza odrzucenia przez protestujących samej idei wybudowania obiektu sportowego w stolicy. Przeciwnie, wiele głosów podkreślało, że Skra mogłaby zostać zrewitalizowana jako otwarte centrum sportu i rekreacji, bez dominującej funkcji komercyjnej i bez podporządkowania przestrzeni interesom jednego klubu. Tego rodzaju propozycje nie mieściły się jednak w języku debaty, który zakładał, że rozwój ma przyjąć formę widowiskowego projektu, najlepiej realizowanego na potrzeby silnego partnera prywatnego, jakim jest Legia Warszawa. W tym sensie spór o Skrę nie jest wyjątkiem, lecz symptomem szerszego zjawiska. Pokazuje, jak łatwo władze miejskie mogą wykorzystać język rozwoju i prestiżu do neutralizowania krytyki oraz jak szybko lokalny sprzeciw zostaje sprowadzony do kategorii NIMBY. To uproszczenie pozwala pominąć pytania o to, kto faktycznie korzysta z inwestycji, kto ponosi jej koszty i dlaczego alternatywne wizje zagospodarowania przestrzeni nie są traktowane jako równorzędne. Początek budowy hali na Skrze zaplanowany jest jeszcze w tym roku. Decyzja o realizacji inwestycji zapadła mimo, że nie odniesiono się do wszystkich wątpliwości, co więcej, część pytań została uznana za niewłaściwe. W tym sensie język nie był jedynie narzędziem komunikacji, lecz mechanizmem selekcji: jedne głosy zostały uznane za „rozwojowe”, inne za „blokujące”. Etykieta NIMBY spełniła tu swoją funkcję perfekcyjnie. NIMBY nie działa bowiem jak argument, lecz jak wyrok. Gdy raz zostanie użyty, dalsza argumentacja zostaje zredukowana do odpierania zarzutu „społecznego egoizmu”. Rządzący nie muszą już odpowiadać na pytania o sens lokalizacji, skalę inwestycji czy proporcje między funkcją publiczną a prywatną. Wystarczy sugestia, że sprzeciw mieszkańców wynika z partykularnych interesów, emocji lub lęku przed zmianą. W ten sposób konflikt przestrzenny zostaje przekształcony w problem postaw społecznych, a odpowiedzialność za jego eskalację przeniesiona na protestujących. Spór o Skrę pokazuje też, że partycypacja w obecnym kształcie często działa jak system amortyzujący krytykę, a nie realne narzędzie współdecydowania. Udział społeczny zostaje zredukowany do możliwości wypowiedzenia się w określonym tonie. Gdy uczestnicy próbują wyjść poza te ramy – zakwestionować samą logikę projektu lub wskazać na konflikt interesów – ich głos zostaje uznany za niekonstruktywny. Właśnie dlatego etykieta NIMBY jest tak skuteczna i tak niebezpieczna. Nie tylko upraszcza złożone konflikty, ale także utrwala hierarchię wiedzy i władzy w mieście. Ekspercki język instytucjonalny zyskuje status jedynej racjonalnej perspektywy, podczas gdy doświadczenie codziennego użytkowania przestrzeni zostaje zdegradowane do poziomu subiektywnego sentymentu. Tym samym miasto przestaje być wspólnym projektem, a zaczyna funkcjonować jako przestrzeń zarządzana z góry, w której mieszkańcy mogą co najwyżej reagować, nie zawsze skutecznie. Ostatecznie sprzeciw wobec budowy hali, zarówno w formie merytorycznego dyskursu, jak i aktywnego protestu, nie był zaprzeczeniem solidarności społecznej. Była to próba renegocjacji tego, czym dobro wspólne w ogóle ma być i jakie wartości je określają. Zamiast uciszać te głosy prostymi etykietami, warto dostrzec w nich sygnał ostrzegawczy: rozwój, który nie szanuje lokalnej pamięci, codziennego komfortu i publicznego dostępu do przestrzeni, w dłuższej perspektywie staje się antyspołeczny. Skoro decyzja już zapadła i hala ma powstać, pozostaje pytanie, jak w praktyce będzie wyglądało korzystanie z tej przestrzeni – czy Skra pozostanie miejscem codziennej, otwartej rekreacji, czy stanie się terenem podporządkowanym rytmowi komercyjnych wydarzeń i interesów instytucji o większej władzy, niż mieszkańcy Ochoty.
-
Artur Troost, „Budujcie, byle nie na moim podwórku”. Warszawska lewica przeciwko rewitalizacji Skry, „Krytyka Polityczna” z 21 października 2025 dostęp 21.01.2026. ↩︎
-
Ula Kałłaur, Hala sportowa na Skrze – dlaczego protestujemy dostęp 21.01.2026. ↩︎
-
Greta Sulik, Konflikt wokół Skry. Celebryci i sportowcy kontra mieszkańcy. Trzaskowski uspokaja, „Raport Warszawski” z 20 sierpnia 2025 dostęp 21.01.2026. ↩︎